wieczorny blog

Twój nowy blog

Czwarta rocznica ślubu.

Oskar dał taki popis, że obawiałam się wizyty dzielnicowego.
Zupa była za słona.
Szanowny Małżonek w pracy na nocnej zmianie.

Samotnie otworzę butelkę piwa i będę tak długo grać w tetrisa, aż oczy same mi się zamkną.

Pobudki o 5.30, brak chwili na odpoczynek w ciągu dnia i wieczny wrzask progenitury powoduje, że rozwija się we mnie żywa niechęć do działalności pisarskiej. Mądre głowy wokół twierdzą, że bunt dwulatka kiedyś się kończy, po czym następuje bunt trzylatka, sześciolatka, czternastolatka i zmanierowanego studenta, ale chwilowo ciężko mi uwierzyć w to, że ten koszmar rzeczywiście będzie kiedyś mieć swój finał.

Pobudka o 5.30 i natychmiast zaczyna się marudzenie. Nie będzie czytać książeczek, z absolutnym lekceważeniem traktuje auta i pluszaki, za to wyjątkowo energicznie (głównie rękoczynem) usiłuje nakłonić półprzytomną matkę do wstania z łóżka i włączenia telewizora. Konsekwentna odmowa wywołuje wrzask, budzący prawdopodobnie wszystkich sąsiadów w promieniu kilometra. Stanowcze żądanie śniadania zmusza nadal półprzytomną rodzicielkę do ruszenia zwłok z kanapy i przyrządzenia synusiowi kolorowych kanapeczek, które niestety spotykają się z zerowym zainteresowaniem. Wyrzucenie kanapeczek do kosza po dwóch godzinach powoduje wrzask, który budzi resztę śpiących sąsiadów. Ubieranie przed spacerem to osobna historia, której nie zamierzam opisywać, ponieważ horrory nadaje się zwykle dopiero po 22.00.

Marudzenie na spacerze doprowadza matkę i biednego młodszego brata do takiej furii, że po godzinie następuje tzw. „w tył zwrot” i szybki powrót do domu. Towarzyszący temu wrzask budzi zmarłych na pobliskim cmentarzu. Gdy młodsze dziecię grzecznie zasypia, rozpoczynają się kolejne negocjacje: „Chcesz spać?” „Tak”. Zatem przebieramy się w sypialniane ciuchy i kładziemy do łóżeczka. Natychmiastowy wrzask budzi śpiące już smacznie młodsze dziecię oraz drzemiących sąsiadów-emerytów. Próba wyciągnięcia z łóżka i wyprowadzenia z pokoju powoduje wrzask, który budzi zmarłych na drugim cmentarzu – po drugiej stronie miasta…

Niniejszym BARDZO proszę wszystkie matki, które w jakiś cudowny sposób przetrwały ten okres i nie skończyły za kratami, a ich dzieci dwa metry pod ziemią, o sposoby na ten słynny bunt dwulatka oraz na zachowanie zdrowych nerwów i zdrowego poczucia humoru. Dziękuję.

Ktoś kiedyś napisał, że herbata z cytryną jest dobra na wszystkie smutki. Zatem zrobiłam sobie taką w moim ulubionym niebieskim kubku, który po latach znalazł się przy przeprowadzce (przez kilka lat stał samotnie zakurzony i zapomniany na szafkach kuchennych) i rozsiadłam się wygodnie w fotelu, żeby porozmyślać. Jeszcze niedawno niezbędnym dodatkiem byłby papieros, ale w tej kwestii danego sobie słowa nie złamię.

Pierwsza samotna noc w nowym miejscu to koszmar. Jeszcze dobrze nie zamknęły się drzwi za Szanownym Małżonkiem, a już w rurach coś zawyło, zapikało za ścianą, szurnęło w okolicach kuchni. Bojaźliwa jestem, to fakt. Przyczyniają się do tego moje ulubione programy o nawiedzonych domach na Discovery oraz kilka lat regularnego oglądania Archiwum X. A więc szurnęło, zapikało, a mnie stanęło serce. Przywyczaiłam się już do windy, którą świetnie słychać w łazience, a także do kibelka sąsiadów, który wydaje z siebie dziwne dźwięki, ale charakterystyczne skrzypienie drzwi szafy poderwało mnie na równe nogi. Głownie dlatego, że nie mam w domu szafy, która mogłaby skrzypieć! Zasnęłam w okolicach 1.00 w nocy, tak zmęczona nasłuchiwaniem, że przez sypialnię mogłaby przedefilować cała armia rodem z Egzorcysty.

A teraz jest słoneczne południe i znowu lubię moje nowe mieszkanie. Mój czerwony sztruksowy fotel, mój beżowy kudłaty dywan i pralkę, która wirując nie spaceruje po łazience. Wypiję herbatkę z cytryną i popodglądam moje dzieci, które za nic w ś‌wiecie nie zamierzają pójść spać.

Przyszli i podłączyli. Telewizję cyfrową i internet. Telewizja śmiga. Internet nawet nie ruszy.

Zacierają ręce z radości księgowi Orange i Play’a. Internet w komórce. Do kompletu z latarką.

Po jaką cholerę w telefonie latarka…?!?! – taka była moja pierwsza reakcja, gdy odkryłam tę dziwną funkcję w swojej komórce. Zawsze wydawało mi się, że to urzącho ma po prostu dzwonić, kiedy czas ku temu, umożliwiać mi dzwonienie do pizzerii po obiad, do tego nadawać i odbierać smsy. No i robić niezłe zdjęcia! Tak, stanowczo to dzwonienie i nadawanie to tylko dodatek do radykalnie zminiaturyzowanego aparatu fotograficznego. No dobrze, ale latarka…?!

Robiło się późno, pudeł w koszu przybywało, a jeszcze musiałam znaleźć wkład na sztućce do szuflady. Koniecznie o szerokości 50 centymetrów! Wdrapaliśmy się po raz kolejny na pierwsze piętro naszej Ikei i – kiedy wreszcie przedarliśmy się przez przebudowywany właśnie dział dziecięcy – dotarliśmy do akcesoriów kuchennych, coś żałośnie jękneło i cały sklep zalały egipskie ciemności. Mijały cenne minuty, Sodoma i Gomora zaczynali powoli marudzić w wózku, a oświetlenie awaryjne zaliczało kolejne falstarty. Zdezorientowana klientela obijała się w mroku o siebie i o meblowe ekspozycje, tu i ówdzie słychać było niecenzuralne wiązanki. A ja, do cholery, potrzebowałam tylko wkładu do szuflady! Koniecznie o szerokości 50 centymetrów! No. To już wiecie, do czego może się przydać latarka w telefonie? :-)

Światło wreszcie naprawili, Sodoma i Gomora przetrwali dzielnie kolejkę do kasy, a ja wyszłam z triumfalną miną i wkładem do kuchennej szuflady o szerokości 50 centymetrów.

Szuflada ma 43 centymetry szerokości.

Ale już wiem, do czego może się przydać latarka w telefonie.

Czyli bilans wychodzi na plus.

W starym mieszkaniu jest jak w piecu. Wściekły upał od samego rana. Pot oblewa już przy porannym myciu zębów. Pakowanie ciuchów w takich warunkach prowokuje słowotok, złożony z wyrazów, których zwykle nie używają kulturalni ludzie.

Jeden wielki wór, drugi wielki wór, trzeci wielki wór…

W przerwie Jacek Kurski i jego załoga na kółkach zwołują konferencję prasową, żeby poskarżyć się na złego wilka, który nie pozwolił mu przesłuchiwać jakiegoś nieszczęśnika. Upał miesza w głowie. W życiu Jacka Kurskiego zawsze panuje upał.

Czwarty wielki wór, piąty wielki wór, szósty wielki wór…

Malarzom zabrakło farby do ścian w przedpokoju, więc przymusowa wyprawa rozgrzaną blaszaną puszką do najbliższego sklepu po wiaderko Jesieni Lnianej. Do tego wór gipsu.

Urodzaj na wielkie wory dzisiaj.

Za chwilę położę dzieci spać i otworzę zimne piwo. Usiądę wśród wielkich worów i będę chłonąć całą sobą smak i zapach ze schłodzonej puszki. Nie zapalę światła, będę się upajać brakiem palącego słońca, popatrzę na leniwie budzące się gwiazdy i zaczynające swoją dniówkę pobliskie latarnie.

Po upale zawsze kiedyś przychodzi chłodny wieczór.

Dzięki Bogu.

Najbardziej podobają mi się wysokie zielone drzewa za oknami.

Uświadomiłam sobie, jak bardzo brakowało mi takiej soczystej
zieleni. I spokój. Nie ma autostrady, którą – jak mrówki – ciągną
spragnieni wyższej kultury miłośnicy krakowskiego rynku. Nie ma budowy
nowego sądu okręgowego, gdzie od rana jacyś frustraci (którzy nie
wyjechali jeszcze na Wyspy Brytyjskie) wyładowują młotem swoją niechęć
do upałów. Nie ma budowy nowej drogi dojazdowej do centrum miasta,
która – całkowicie rozkopana – dostarcza nozdrzom specyficznej woni
mieszaniny piachu, cementu i ciężarówkowych wyziewów.

Są za to wysokie zielone drzewa. I wesoły gwar dziecięcych głosów,
dochodzący z placu zabaw pod blokiem. I dzwon z wieży kościelnej.

Dzisiaj poznałam sąsiadkę spod podłogi. Uśmiechnięta starsza pani.
Obiecałam nie sprawiać kłopotów wychowawczych. Chyba mi uwierzyła.
Zapamiętała imiona moich dzieci. Chcę, żeby mili ludzie pamiętali
imiona moich dzieci. Chcę spotykać miłych ludzi, gdy wychodzę na
spacery. Będę wychodzić na spacery.

Bo najbardziej podobają mi się wysokie zielone drzewa za oknami.


  • RSS